sobota, 20 grudnia 2014

Nieczynne do odwołania





 **********************

 Co wypełnia mi czas na chwilę przed czwartą niedzielą adwentu ?  Sprzątanie. Mieszkania i siebie. Zakupy. Gotowanie - zgodnie z zamówieniem i według osobistych upodobań. I coraz dłuższa lista tych najważniejszych  do przygotowania rzeczy, bez których święta się przecież nie obejdą. Smaki, zapachy, dekoracje. Pomysły na siebie i wyjątkowo świąteczny klimat. Choinka, która wciąż tak naprawdę jest w lesie. Z dwoma różnymi kolorami lampek, choć  miało być zupełnie monochromatycznie i jak zwykle na biało.  Czas  znikający  gdzieś między drugą a trzecią zapaloną adwentowi świecą. Świąteczny karp, który nawet jeszcze we mnie nie pływa. Podział prac i obowiązków nieprzekładający  się na działanie. Plany wcale niekonkretne i nie do końca też skrupulatnie realizowane.  Jeszcze niezbudowany most do drugiego człowieka. Dlaczego ? Po prostu -  nieczynne. Do odwołania.
A tymczasem  Trzej Królowie  już drogą  mkną ...


*********************




Z placu boju pozdrawiam - M.



środa, 10 grudnia 2014

Jeszcze zdążę




Jestem przekonana, że pierwsza gwiazdka  zdąży na czas. Śledzie we właściwym momencie nabiorą wody  ( w ... usta ? ... )  i szczelnie wypełnią wolną przestrzeń między szklaną ścianką słoika a krążkami cebuli zatopionymi w gęstym oleju. Pierogi kolejny już raz skryją między falbankami  białego ciasta resztki podkradanego przez wszystkich grzybowego farszu.  


Prezenty przewiążą się w pasie kolorową wstążką i nawet nie będą udawać, że trzymają fason. Dopiero co zrobiony chrzan z jajkami zawróci w głowie, by w dzień wesołych świąt nabrać mocy  i przegryźć się z chlebem. Gotowana jak co roku grzybowa znów będzie smakować zupełnie wyjątkowo i prosić się wszystkich o dokładkę.  Listy najbardziej potrzebnych rzeczy  niebezpiecznie  wydłużą się tuż przed zamknięciem sklepu i wyjdą poza ramy zdrowego rozsądku.



 A kiedy zgaśnie ta najpierwsza  z gwiazd - wszystko już będzie dopięte na ostatni guzik. Gotowe, by krzyknąć -   cicha noc, święta noc ... 



********************

Ja też zdążę. Z zaplanowanymi potrawami do zrobienia małymi kroczkami i bez pośpiechu, z gigantyczną listą zakupów, z żywą choinką, która każdego roku wymusza przemeblowanie pokoju. Zdążę. Z pieczoną karkówką, trzema rodzajami śledzi i sałatką. Z opłatkiem na pachnącym sianku i rozpiską bezlitośnie dyktującą tempo przedświątecznych prac. Ze spokojem i czułym gestem. A Wy ? dajecie radę ?

Pozdrawiam - M. 




środa, 26 listopada 2014

Za wcześnie




Czekam. Mimo braku snu pod powieką. Wbrew mało magicznej codzienności mocno stąpającej po ziemi. Z gorącym postanowieniem poprawy i szczerą chęcią upieczenia świątecznego pasztetu. Czekam. Ale świąt jeszcze we mnie nie widać. Za oknem  zresztą też nie.  



tylko w witrynach sklepów krzyczących tandetnymi dekoracjami. W piernikach pachnących  na  zapełnionych  przepisami kartkach.W planach na świąteczne dekoracje snutych w absolutnej tajemnicy przed pierwszą Gwiazdką.  I w nienapisanym do Mikołaja liście z najgorętszym marzeniem sezonu.

 
 

Rozcieram zmarznięte dłonie i  czekam. Choć wiem, że jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Choć zeszłoroczny śnieg dawno odkleił się od butów i niewiele mnie w końcu obchodzi, a tegoroczny mróz nawet jeszcze nie zdążył uszczypnąć mnie w nos. Nie szkodzi. Przecież i tak  przyjdą. Pachnące choinką i kruche jak łamany szczerym   " wszystkiego najlepszego " opłatek.  Skrzypiące mokrym śniegiem. Jak zawsze. Jak co roku.

 



Pozdrawiam - M.  ( KLIK ! )



***********************


PS - Te świetne metalowe kule kupicie w sklepie Kokon Home u Lilli. Polecam !



niedziela, 9 listopada 2014

Szklana pogoda




Deszcz wystukuje na szybach swoją monotonną, szklaną melodię. Rozmywa kontury. Ma mokry zapach ciepły kolor włączonych wcześniej niż zazwyczaj lamp. Smakuje dobrą herbatą.  Oswaja panujący wokół mrok.


Patrzy błyszczącymi plamami kałuż. Dodaje też tajemniczości, bo przecież pod rozłożonym parasolem mogę być kim tylko chcę ... ; ) Kołysze  rytmicznym taktem padających kropel. Uspokaja swoim łagodnym szumem i wyrozumiale przyjmuje każdą niedoskonałość. Rozleniwia i z czystą premedytacją wywołuje stan  permanentnej senności.  Nuci swoją  deszczową piosenkę ( klik ! ). Moją ulubioną. Pozwala na nowo przeżyć dawno już przeżyte. Nie spieszyć się, pobyć ze sobą. Raz jeszcze przemoczyć butymyśli.




 W zaniesioną  deszczowymi chmurami niedzielę, znad kubka pełnego gorącej, aromatycznej herbaty  - pozdrawiam - M.




**************

PS - po herbatki ( i nie tylko ) zapraszam do sklepiku Live Beautifully. Jednego z moich ulubionych. Przeglądałam najnowszą ofertę i powiem szczerze, że baaardzo mnie kusi zimowa edycja Tafelgut....  Zajrzyjcie, polecam --> klik !


wtorek, 4 listopada 2014

Grzech zaniechania



Najcięższy. Popełniany w codziennym zabieganiu. W zdenerwowaniu - z powodu naczyń pozostawionych na kuchennym stole i nieschowanych po spacerze butów. W pośpiechu zwykłego dnia. W wyznaniu odłożonym na nigdy. W pomyślanym geście.
Każdego dnia staram się niczego nie zaniedbywać. Nie liczyć na to, że kiedyś jeszcze zdążę. Nie zatrzymywać w sobie słów i nie wznosić muru niedopowiedzeń i żalu. Nie krzyczeć znakami zapytania wynikającymi z tego, że po prostu  nie chce mi się zrozumieć
. Nie mnożyć tego, co złe i nie dzielić włosa na czworo, by koniecznie postawić na swoim. By nie żałować, że zabrakło mi czasu na bliskość i wyrozumiałość. By nie okazało się, że między nami jest już o jedno słowo  za daleko. Że  pozostało tylko posypywanie solą bólu. Mam jednak wrażenie, że coraz częściej przegrywam i  popełniam grzech zaniechania. Odpuszczenia /sobie /, zwolnienia /siebie/ z obowiązku dbania i zabiegania. Codzienność sprytnie maskuje kruchość wszystkiego, co tak dla mnie cenne. Daje złudzenie trwałości i 100 % gwarancji - na zdrowie, na bliskość. Na kocham cię. Na radość i rytualną powtarzalność słów i gestów. Na wszystko, co stanowi moje sacrum. A przecież wystarczy tylko chwila, by teraźniejszość zamieniła się w przeszłe i już dokonane. Przypominane chybotliwym płomieniem zapalonego znicza.

Pozdrawiam - M.
 



************** 


PS -  Tak wiele ostatnio zaskakuje niepokoi. Żyje własnym rytmem i  jawnie drwi z życiowych planów na przyszłość !

niedziela, 12 października 2014

Brulion



Zniszczone, wytarte brzegi. Bez tytułu. Tylko numer. 96 kartek w kratkę zapisanych nierównym pismem. Bez ozdobników. Tylko tekst. Zasuszony liść włożony między pożółkłe strony 25 rocznic temu. Czarno - biała fotografia, na której nic nie zmieniło się od tak dawna  -  z  tamtym chłopakiem o filuternym spojrzeniu i ciepłym uśmiechu. Znów czytam. O sobie samej sprzed tu i teraz. Czytam, by spotkać samą siebie -  młodszą o kilka życiowych zakrętów. Nie umiem wydobyć głosu, by potrząsnąć tamtą dziewczyną. By krzyknąć i sprowadzić ją na ziemię. Zmusić do popatrzenia na pewne sprawy z zupełnie innej perspektywy. Mój wewnętrzny krzyk narasta wraz z każdą odwracaną kartką i nową datą. Szukam między linijkami tekstu dawnych emocji. Ludzi, zdarzeń i odpowiedzi. Znajduję  -  i  wreszcie zaczynam rozumieć. Wraca pamięć detalu, waga i smak słów. 

*******************
 
 Pamiętam ten niebywały wręcz apetyt na życie. Wewnętrzny uśmiech i nonszalancję w ruchach. Lekki krok i odległość od ust mierzoną kroplami padającego deszczu. Spacery z zamkniętym parasolem w dłoni. Rozmazane oczy, przemoczone buty. Przemoczone myśli. Słowa z trudem przeciskające się przez cząsteczki mgły i zapadającego zmroku. Szczęście rozgrzewające zmarznięte dłonie. Pamiętam szkolne wydania "Nota bene", melonik i spodnie na szelkach w dniu premiery sztuki Samuela Becketta na deskach naszego liceum. Wystukane na maszynie opowiadanie, którego bohaterka tak wiele przejęła ode mnie. Pamiętam każdy list wsunięty do  kieszeni mojego płaszcza, odurzający zapach frezji i wagary, na których nie było między nami słów. Bo mogły spłoszyć uczucia. Muzykę mówiącą za nas, gdy nieśmiałość zatrzymywała słowa w gardle. Marillion, Sting, Peter Gabriel, Simple Minds. "Kayleigh" wciąż  opowiadającą naszą historię ( --> klik ! ). Wspólne wyprawy na wzgórze z panoramą miasta u stóp i  słuchawkami wysłużonego walkmana dudniącymi nagraniem, którego koniecznie musiałam wysłuchać. Pamiętam wycieczkę w Bieszczady, śpiew słowików i te chwile, kiedy bliskość odbierała oddech. Pamiętam też trudne rozmowy, "Blaszany bębenek" oglądany w klubie filmowym i nieprzespane noce spędzone nad książkami - Kafka, Kundera, Beckett. Polanę w Bieszczadach wypełnioną po brzegi zapachem mokrych traw i lawiną drobnych kropelek spadających z drzew. Kółko historyczne ze słyszaną pierwszy raz w życiu zaskakującą prawdą o Katyniu i wkuwanie słówek  tuż przed ustną maturą z greki. I andrzejki u Zapałki. I II koncert fortepianowy Chopina. I trudne rozstanie tuż po maturze. I pamiętam też zaskoczenie i radość, kiedy po sukcesie odniesionym w "Filmidle" usłyszałam któregoś dnia  - " Marcin Pawłowski, Fakty, witam państwa ".   Marcin ten sam głos, który pamiętam ze szkolnych lat, to samo - tak dobrze znane mi  - zawadiackie  spojrzenie. Zmieniła się tylko nasza rzeczywistość, stan cywilny, imiona tych najważniejszych dla nas osób.

******************
Zamykam zniszczony brulion. Zatrzymuję bohaterów jednego zeszytu w półkroku, ze słowami niedopowiedzianymi do końca. Bez wyjaśnień . Z historią utrwaloną pomiędzy szarymi okładkami. Z echem kroków wciąż brzmiącym na szkolnym korytarzu. Szukam wytłumaczenia, możliwości rozmowy. Uśmiechu, który  potwierdzi, że wszystko jest już jasne, że każde z nas jest szczęśliwe w swoim świecie. Na swoich wyspach szczęśliwych. Że roślinowo śni. Tyle tylko, że to już niemożliwe. Najbardziej mi żal tej rozmowy -  bo nigdy się nie odbyła. Bo nie zdążyłam. Przed rakiem i przed panem Bogiem. Bo po prostu zabrakło mi odwagi.



Pozdrawiam - M.


sobota, 27 września 2014

A .... psik !




Korzeń goryczki żółtej, kwiat bzu czarnego i dziewanny. Ziele werbeny, paracetamol 500 mg, ksylometazolina chlorowodorku. Góry chusteczek, poduszek i niesprawdzonych testów. Ciepły koc na wyciągnięcie ręki. A pod kocem ? Zapchane zatoki, temperatura, ból głowy. Za gorąco. Za zimno. Za słabo. Źle. Sennie i obojętnie. I wcale nie - zdrowo
 
 
Wrzesień jak zwykle przywitał nas pierwszymi objawami przeziębienia. Potem było już tylko gorzej. Kichająco   i  z  zachrypniętym gardłem.  Z podwyższoną temperaturą i obniżoną tolerancją na dźwięki, problemy i głupotę.  Dom opanowały chusteczki, gorąca herbata z sokiem malinowym i najrozmaitsze tabletki.  Wykrztuśne, odtykające, udrożniające, przeciwbólowe i przeciwgorączkowe.  Żółte, białe, czerwone i różowe.  I niebezpiecznie szerząca się inwazja wirusów, bakterii i recept.  Zbiorowe   a .... psik !   - na cztery nosy i cztery obolałe gardła. Kakofonia skrzypiących głosów i siorbanie w chusteczkę. Stany pod - gorączkowe i wysoko - gorączkowe. Uczucie rozbicia, przybiciawbicia - w poduszkę i w miękką kanapę. Kiepski coś ten start w jesień...   A .... psik !


Pozdrawiam serdecznie wszystkich współkichaczy i tych, którzy wszystko jeszcze mają przed sobą ... ;)  - M.

*********************

Ps - Pamiętacie z dzieciństwa fantastyczny wierszyk Ludwika Jerzego Kerna ? Ja pamiętam zaledwie fragment, a szkoda : " Ledwo nastanie jesień złotowłosa, katar nosokrążca zaczyna krążyć od nosa do nosa. Czasem wchodzi lewą, czasem prawą dziurką. Wszystkie nosy uważa za swoje podwórko...  ". Czy ktoś pamięta cały tekst ?! 

niedziela, 14 września 2014

Nowe



Nowy post. Po dłuższej blogowej przerwie. Pisany między słonecznym promieniem a nitką babiego lata. Między długo wyczekiwaną zmianą  -  numerem 1 na liście spraw do załatwienia w tym roku - a innym wymiarem godzin i czasem pracy. Między  nową   (1)  a starą pracą. Z nowymi obowiązkami.


 Moje Nowe - Nienowe. Inne, choć dobrze mi znane i bardzo lubiane od tak dawna. Wyrosłe z długich rozmów i szczerych ocen. Z przyjaźni mimo dzielącej nas różnicy wieku (2) . Z tym samym od lat uśmiechem. Z krótką, chłopięcą fryzurką, roześmianymi oczami i sprawami wcale nie - prostymi  jak drut. Przekonane o słuszności podjętej przeze mnie decyzji w sprawie zajęć i egzaminów.  Zaczytane w książkach i gotowe do podzielenia się wiedzą na ich temat. Pełne łagodnej wyrozumiałości i akceptacji.Cierpliwości. Moja gwarancja spokoju. Z przepisem na absolutnie doskonały pasztet, z  biurkiem tuż obok mojego ( ! ) i z dzwoniącym bez wyrzutów sumienia telefonem.


********************

Wygrana w  candy  u Ewy z bloga  Shabby Shop ( <--klik ! ) Też nowa (3). Świetna. Precyzyjnie  odszyta i w  doskonałym  zestawieniu kolorystycznym. Ewuniu, 
dziękuję :D



Pozdrawiam - M.



**********************


PS
(1) --> praca, trochę stara, bardziej nowa
(2) --> Grażyna
(3) --> torba od Ewy


niedziela, 31 sierpnia 2014

Przystanek Wiedeń



W połowie drogi między domem i wakacyjnym wspomnieniem, z ciekawości i  z  chęci zwiedzenia nowego miejsca. Z   noclegiem  na ostatnim piętrze tuż pod chmurami. Przystanek Wiedeń. Kolejna już europejska metropolia, którą zwiedzamy w drodze powrotnej. Bez przewodnika i z wielkim znakiem zapytania.


Po blisko ośmiu godzinach jazdy wysiadamy wreszcie z samochodu i stajemy przed rzeźbioną bramą przy Josefstadterstrasse 9. Kręcone schody prowadzą nas na ostatnie piętro. Krótkie spodenki i t-schirty -  założone 600 kilometrów temu -  kompletnie nie wpisują się w klimat zaniesionego chmurami Wiednia. Zakładamy cieplejsze ubrania i  zabieramy aparat. Ruszamy przed siebie. Gotowi na wędrówkę  śladami  potęgi dynastii Habsburgów. Tropem smaku tortu Sachera, w rytmie walców Straussa i symfonii klasyków wiedeńskich.


W ciągu kilku minut docieramy do Dr. Karl-Leuger-Ring, na rozległy Rathausplatzktóry za panowania cesarza Franciszka Józefa  był miejscem  parad wojskowych. Neogotycka budowla ratusza najwyższą ze swoich pięciu wież  niemal dotyka nieba. Zbierający się przed olbrzymich rozmiarów ekranem ludzie czekają na kolejny filmowy wieczór. Właśnie trwa doroczny Festiwal Filmów Muzycznych gromadzący rzesze melomanów i smakoszy, którzy w pobliskich restauracyjkach i kawiarniach  - przy dźwiękach oper lub symfonii  - odkrywają smaki całego świata.




 Podążając śladem innych, trafiamy pod budynek parlamentu.


Fryzy, posągi, kolumny. Pallas-Athene-Brunnen ( Fontanna Pallas Ateny ) jest naprawdę imponująca.  Nie potrafię oderwać wzroku od kamiennych postaci spoczywających u stóp olbrzymiego posągu greckiej bogini  - czterech rzeźbalegorii największych rzek imperium austriacko - węgierskiego.



Niebywała dbałość o szczegół, zadziwiająca lekkość, postacie jakby  gwałtownie unieruchomione ciężarem kamienia, a mimo to  pełne emocji i życia. Dzień przeglądający się w zebranej pod fontanną krystalicznie czystej wodzie.





Mijamy budynek Burgtheatre. Pierwszą scenę imperium, która powstała dzięki przekazaniu przez cesarzową Marię Teresę  pałacowej sali do gry w piłkę do dyspozycji trupy teatralnej Karla Selliersa.  Przez wysokie, otwarte okna Cesarsko - Królewskiego Teatru Dworskiego dostrzegam okazałe kryształowe żyrandole. Przez chwilę słyszę w sobie rytm walca, szum bogatych sukien wirujących Starussem, życie imperium.



Szerokie, reprezentacyjne ulice Wiednia w niczym nie przypominają ciasnych uliczek Trogiru.




  Na dłuższą chwilę zatrzymujemy się w samym sercu wiedeńskiej Starówki  - przed siedzibą władców Austrii, królów i cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego  oraz Cesarstwa Austrii. Hofburg, zimowa rezydencja monarchii, centrum polityczne i kulturalne  Europy. Kompleks pałacowy wybudowany przez Habsburgów jeszcze w XIII  wieku. 18 skrzydeł, 19 dziedzińców, 2600 pomieszczeń ... Trudno nie ulec magii tego miejsca !


Stoję na dziedzińcu In Der Burg, na którym w czasach świetności dynastii odbywały się wyścigi konne i bale, wsłuchuję się w stukot końskich kopyt, turkot kół przemykających obok nas dorożek. I mam wrażenie, że to miejsce żyje trochę poza czasem. Że nic się tu nie zmieniło od chwili śmierci ostatniego cesarza Austrii.



Zadzierając wysoko głowy przystajemy na  Josefsplatz, przed oknami Biblioteki Dworskiej, onieśmieleni wielkością i otaczającym nas przepychem.



Opuszczamy dziedziniec In Der Burg  i przechodzimy przez bramę. Zostawiamy za sobą muzeum cesarzowej Sissi, pełne pamiątek po najbardziej niezwykłej i uwielbianej przez Austriaków cesarzowej, żonie Franciszka Józefa. Wokół nas mnóstwo dorożek czekających na chętnych do podążania śladem minionej monarchii. Jedynie słuszny środek transportu po historii miasta.



W zasięgu wzroku najdroższe ulice Wiednia - Habsburgergasse,  Grabenstrasse i Stephansplatz. Wielki świat mody na wyciągnięcie ręki. Versace, Chanel, Prada. Kuszą bajecznymi aranżacjami mocno oświetlonych witryn.



Na Grabenstrasse odkrywamy kawiarnię Juliusa Meinla, w której oprócz możliwości wypicia najlepszej na świecie kawy w absolutnie magicznym ogródku, można kupić czekoladę z rozmarynem i tymiankiem czy kandyzowane owoce z pastą z wanilii w białej czekoladzie... Zza przeszklonych ogrodzeń dobiega śmiech siedzących przy kawiarnianych stolikach ludzi. Obok maleńkich filiżanek wypełnionych zapachem szlachetnych odmian ziaren z górzystych rejonów Afryki Wschodniej - smaki dawnego Wiednia zamknięte w bajecznych kształtach czekoladowych form, torciki ciężkie od opływającej je czekolady. 


Nie potrafię  oderwać się od witryn prezentujących dostępne łakocie i specjały. Od klimatu tworzonego przez  miejsce, ludzi i specyficzny aromat. Chłonę każdy dźwięk i zapach, poznając Wiedeń od podszewki. Jego nieprawdopodobną elegancję i dobry smak.



Tłum gęstnieje. Dorożki ustępują miejsca  kolorowym rikszom.


Jesteśmy na Platz Graben. Wokół nas metaliczny błysk współczesności wypełniający  oczy sklepowych wystaw. I najbardziej zauważalny ślad historii tego miejsca - Kolumna Morowa ( Pestsäule ), znana też jako Kolumna Trójcy Świętej ( Dreifältigkeitssäule ). Marmurowy monument wzniesiony przez Leopolda I w 1679 roku na pamiątkę ocalenia go od epidemii czarnej śmierci dziesiątkującej mieszkańców Wiednia. Kłębowisko ciał, alegorycznych postaci i  aniołów robi na mnie ogromne wrażenie. XVII wieku na  Platz Graben w połowie drogi między świecką częścią miasta - pałacem Hofburg, a częścią o zabudowie sakralnej - katedrą  Św. Stefana, znajdował się  sporych rozmiarów wykop, w którym chowano ciała zmarłych na dżumę.

 
Zmierzamy w kierunku Stephansplatz.


 W centrum placu  -  pełna przepychu Katedra Świętego Szczepana w całości zbudowana z ciosanego kamienia. Jeden z najlepiej rozpoznawalnych symboli Austrii. Zza zamkniętej Bramy Olbrzyma ( Riesentor ) -  w czasach monarchii  otwieranej wyłącznie dla cesarzy -  dobiegają nas dźwięki koncertu organowego. Roześmiani ludzie w strojach z epoki rozdają spacerującym zaproszenia. Na kolorowych kartonikach widać portret Wolfganga Amadeusza.



Zafascynowana wyglądem katedry wciąż spoglądam w górę. Na strzelistą, mierzącą blisko 137 metrów Wieżę Steffl, na zjawiskowy dach z mozaiką z glazurowanych płytek tworzącą godło dynastii Habsburgów.


Jeszcze tylko zakupy w maleńkim sklepiku z łakociami tuż obok katedry. Torciki Sachera, marcepanowo - orzechowe czekoladki w miniaturowym pudełeczku z wizerunkiem Mozarta. Smak cesarsko - królewskiego Wiednia. Zabieram go ze sobą. Podobnie jak oczarowanie i złożoną miastu i sobie obietnicę - że jeszcze tu wrócę. Na Josefstadterstrasse 9. Na Starówkę. I że naprawdę dokładnie odrobię tą nieprawdopodobną lekcję historii.


 Pozdrawiam - M.